• Wpisów:12
  • Średnio co: 94 dni
  • Ostatni wpis:3 lata temu, 18:32
  • Licznik odwiedzin:3 933 / 1222 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 

#12

Kuchni nie stała wprawdzie w płomieniach, ale zasnuwała ją chmura dymu, tak ciemna, że zobaczyłam braci, dopiero kiedy na nich wpadłam.
- Uciekajcie stąd! - zawołałam, lecz opierali się i musiałam na siłę wepchnąć ich do przedpokoju.
Przedarłam się przez dym, który przy kuchence był już tak gęsty, że nie widziałam ani patelni, ani mojego zmarnowanego arcydzieła sztuki kulinarnej. Namacałam gałkę i wyłączyłam gaz, po czym przez chwilę zastanawiałam się, co robić. W pierwszym odruchu chciałam nalać do czegoś wody i chlusnąć w stronę kuchenki, w końcu jednak jakoś udało mi się odnaleźć rękawice do chwytania garnków, włożyć ją i przenieść rozgrzaną patelnię wraz z zawartością do zlewozmywaka.
Otworzyłam oba kuchenne okna i wyszłam do przedpokoju.
- Nic się nie stało - powiedziałam, widząc przerażone miny braci. - Wyjdziemy na chwilę z domu, a jak się wywietrzy, to wrócimy i dostaniecie te swoje naleśniki - obiecałam.
Dziesięć minut później w kuchni czuć jeszcze było swąd, ale dymu już nie było.
Filip podszedł do zlewozmywaka i pokazał palcem sczerniałą patelnię ze zwęglonymi szczątkami.
- Co to jest?
- Jak to co? - odparłam. - Wasze naleśniki.
- Ja nie chcę naleśników!
Kuba podbiegł do brata.
- Ja też nie! - zawołał. - Chcę truskawkowe poduszeczki.
- A nie można było tak od razu? - zapytałam. Napełniłam ich szklanki z Pokemonami sokiem pomarańczowym, wsypałam do dwóch miseczek zbożowe poduszeczki z nadzieniem truskawkowym i zalałam mlekiem.
Potem zabrałam się za usuwanie zniszczeń. Ulubiona patelnia mamy nie będzie już wprawdzie nigdy wyglądała tak jak dawniej, ale przynajmniej udało mi się z niej zmyć sądzę. Kiedy wieszałam ją na haku, poczułam, że jestem okropnie głodna. Zerknęłam na zegarek. Minęła dziesiąta. Od trzech godzin byłam już na nogach, a nie miałam jeszcze nic w ustach.
Właśnie się zastanawiałam, czy zrobić sobie kanapkę czy pójść na łatwiznę i zjeść płatki śniadaniowe, gdy pod domem zatrzymał się samochód. Podeszłam do okna, które wciąż było otwarte, i wystawiłam głowę.
Nie, tylko nie to, pomyślałam, kiedy zobaczyłam, kto przyjechał.

#
Tylee ;3 Jutro dodam new rozdział ;3 Komentujcie <333
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 

#10

... i pamiętaj, żeby nie oglądali telewizji, dłużej niż dwie godziny dziennie.
- Tak, mamo, będę pamiętać - obiecałam co najmniej po raz dziesiąty, wysłuchawszy wszystkich zakazów, rad, próśb i przestróg dotyczących opieki nad braćmi. - Niczym się nie martw. Poradzimy sobie, a ty masz się dobrze bawić.
- Nie chcę cię popędzać, Zosia, ale samolot na nas nie poczeka - rzekł tata, który zaparkował już do samochodu bagaże i czekał, aż mama pożegna się ze mną i bliźniakami. - Odlatujemy za niecałe pięć godzin, a wiesz, że na lotnisko w dwie godziny nie dojedziemy.
- Wsiadaj już, mamo, bo naprawdę się spóźnicie - poprosiłam.
Jeszcze raz ucałowała mnie i chłopców, wsiadła do samochodu i kiedy tata włączył silnik, opuściła szybę i wystawiła głowę.
- Obiecujecie, że będziecie słuchać Wiktorii?! - zawołała.
- Obiecujemy - odparli Filip i Kuba zgodnym chórem .
Staliśmy we trójkę i machaliśmy rodzicom, dopóki samochód nie zniknął w oddali.
- Jestem głodny - powiedział Kuba, gdy wzięłam ich za ręce i zaprowadziłam do domu. Była dziewiąta rano i mama nie zdążyła dać im śniadania.
- Ja też - zawtórował mu Filip.
- Zaraz wam coś zrobię. - Nie namyślając się długo, wyjęłam z lodówki sok pomarańczowy i mleko, po czym postawiłam przed chłopcami trzy różne pudełka z płatkami śniadaniowymi. - Krążki cynamonowe, truskawkowe poduszeczki czy zwykłe płatki? Decydujcie.
Wiedziałam, że nie będzie mi z braćmi łatwo, nie przypuszczałam jednak, że tak szybko poczuję przedsmak tego, co mnie czeka.
- Nie chcę mleka z płatkami - oświadczył Kuba tonem nie znoszącym sprzeciwu. - Dzisiaj jest niedziela, a w niedzielę mama zawsze robi nam naleśniki z syropem klonowym.
- Ale mamy nie ma i będziecie jedli to, co ja wam podam. Filip - zwróciłam się do drugiego brata w nadziei, że zyskam jego poparcie - przecież bardzo lubisz truskawkowe poduszeczki.
- Chcę naleśniki - powiedział.
Zawsze się zastanawiałam, jak to się dzieje, że ci dwaj kłócą się przy każdej okazji, a kiedy tylko człowiek liczy na to, że jeden z nich będzie miał inne zdanie niż brat, nagle stają się jednomyślni.
Nigdy w życiu nie smażyłam naleśników i pewnie, nie zważając na ich protesty, uparłabym się przy mleku i płatkach, gdyby Kuba nie popatrzył na mnie błagalnie.
- Wiktoria, zrób mi naleśniki - poprosił słodkim głosikiem, zupełnie nie pasującym do diabełków igrających w jego oczach.
- Mnie też - odezwał się cichutko Filip.
- Na pewno chcecie naleśniki? - Pytałam, oczywiście, już tylko dla zasady, bo i tak wiedziałam, że nie zaprzeczą.
Obaj skinęli głowami.
- No dobra. - Gotowanie nigdy nie było moją mocną stroną, ale przecież przyrządzenie naleśników nie powinna być zbyt skomplikowane. Wiedziałam, że mamie zajmuje to zwykle kilka minut.

#
Uhh.. Przepraszam was, że teraz są krótkie rozdziały, ale tak jak mówiłam, nie mam teraz za bardzo czasu ; // Jutro postaram się dodać 2 rozdziały : )
KOMENTUJCIE ♥.♥.♥
 

 

#9

- Nie zrezygnujecie z wyjazdu - powiedziałam.
- Oczywiście, że nie. Pojedziemy w przyszłym roku, a może nawet wcześniej.
- Nie! Wylecicie pojutrze, tak jak było zaplanowane.
Ojciec, nic nie rozumiejąc, spojrzał pytająco na matkę. Ta znów pokręciła głową.
- Ja się zajmę Filipem i Kubą - oznajmiłam. - Przynajmniej dopóki nie przyjedzie ciocia Agnieszka.
Mama uśmiechnęła się smutno i wzruszyła ramionami.
- A właściwie dlaczego nie? - zapytał ojciec po chwili zastanowienia.
- Jak to dlaczego? Nie poradzi sobie z chłopcami.
- Mamo, opowiadałaś mi, że kiedy miałaś szesnaście lat, przez miesiąc sama opiekowałaś się ciocią Agnieszką i wujkiem Arturem. Nie pamiętasz? Ile lat miała wtedy ciocia?
- Nieważne.
- Ile?
- Siedem, ale to nie ma żadnego znaczenia.
- A wujek Artur? - nie dawałam za wygraną.
- Cztery.
- No właśnie. A ty tylko szesnaście! Ja za niecały miesiąc kończę siedemnaście.
- Nie ma o czym mówić - próbowała uciąć dyskusję mama, lecz tata przyszedł mi z pomocą.
- Zosia, nie upieraj się tak. To jest jakiś pomysł. Dlaczego Wika miałaby sobie nie poradzić z chłopcami?
- Choćby dlatego, że to są istne diabły. Popatrz tylko na nich.
Tu ani ojciec, ani ja, niestety, nie mogliśmy zaprzeczyć.
Filip zerwał się z miejsca, podbiegł do brata i zebrał jego gęste kręcone włosy w dwie kupki, tak, że tworzyły po obu stronach głowy coś na kształt rogów.
- Jesteś diabeł! Jesteś diabeł! - krzyczał, podskakując.
- Ty sam! - zawołał Kuba.
- Nie mówi się "ty sam" zaczęłam, ale machnęłam ręką. Miałam ważniejszą sprawę do załatwienia niż uczenie braci poprawnego wysławiania się. - Będziecie grzeczni, jak zostaniecie ze mną? - zwróciłam się do nich z bardzo poważną miną.
- Tak - zapewnił mnie Kuba.
- Pewnie - zawtórował mu Filip. - Będziemy bardzo grzeczne diabełki - dodał, po czym sięgnął szybko do talerza brata, wyłowił z niego ostatni cynamonowy krążek i wrzucił mu za koszulę.
Nie, na ich pomoc nie mogłam liczyć, popatrzyłam więc na tatę.
- Zastanów się nad tym. Zosia. I nie mów mi, że mój szwagier jako czterolatek był aniołkiem. Za dobrze go znam, żeby w to uwierzyć.
- Właśnie! - ucieszyłam się. Ja też pamiętam niesamowite historie o dawnych wyczynach wujka.
- Może i Artur nie był najgrzeczniejszym z chłopców - przyznała matka.
- Łagodnie powiedziane - sprostował tata.
- No dobrze, był okrutnym łobuziakiem - zgodziła się z nim. - Ale to była zupełnie inna sytuacja. Mój ojciec był wtedy na morzu, a mama w szpitalu. Musiałam się opiekować Agnieszką i Arturem. Nie było innego wyjścia.
- Teraz też nie ma - zauważyłam.
- Oczywiście, że jest. Po prostu zrezygnujemy z wyjazdu - powiedziała, lecz w jej głosie nie było już takiego zdecydowania, a na twarzy pojawiło się coś takiego, że pomyślałam, że trzeba kuć żelazo, póki gorące.
Męczyliśmy się jeszcze wspólnie z tatą dobre dwie godziny, ale w końcu udało nam się ją przekonać.
Kiedy zobaczyłam potem jej oczy, pomyślałam, że niezależnie od tego, co czeka mnie z Kubą i Filipem, wszystko to będzie warte tego blasku szczęścia, który je rozjaśniał.
Życiowe marzenie mojej mamy miało się spełnić i naprawdę byłam szczęśliwa, że ja też mam w tym jakiś udział.
Może moje marzenia też kiedyś się spełnią? Nie śmiałam pielęgnować w sobie tej nadziei; za każdym razem, gdy się pojawiała, starałam się ją stłumić , ale gdzieś, bardzo, bardzo głęboko, tliła się, żeby przypominać o sobie niespodziewanie, kiedy kładłam się spać, kiedy wstawałam, kiedy słuchałam płyty... kiedy na policzku wyskakiwał mi nowy pryszcz...

#
To tyle. Myślę że wam się podoba rozdział. Liczę na wasze oceny na dole w komentarzu : * <3
Papa! Trzymajcie się <333
 

 

#8

Kiedy nazajutrz rano weszłam do kuchni i zobaczyłam twarz mamy, wiedziałam, że stało się coś złego. Mimo to powiedziałam beztroskim głosem:
- Co masz taką grobową minę? Za trzy dni jedziecie z tatą na wakacje swojego życia.
Mama zawsze, zanim wyszła za mąż, marzyła o tym, by w podróż poślubną zwiedzić Rzym i Francję. Kiedy się pobrali, nie mieli na to pieniędzy, dopiero teraz w ramach prezentu z okazji ich dwudziestej rocznicy ślubu ojciec postanowił zabrać ją w tę spóźnioną podróż.
- Nigdzie nie jedziemy - oznajmiła matka.
- Co?! Pokłóciliście się z tatą? - Owszem, czasami się sprzeczali, nieraz ostro, nie potrafiłam sobie jednak wyobrazić, by jakąkolwiek kłótnia mogła odwieść moją mamę od tego wyjazdu. Poza tym wszystko było już załatwione - bilety lotnicze, rezerwacje w hotelach - a spakowane walizki stały już od kilku dni w sypialni rodziców.
- Ciocia Agnieszka ma jakieś kłopoty w pracy i przesunęli jej o tydzień urlop. Będzie mogła tu przyjechać dopiero w przyszłą sobotę.
- Nie możecie zmienić rezerwacji?
- Zaraz po telefonie Agnieszki tata zadzwonił do biura podróży. Nic się już, niestety, nie da zrobić. - Starała się być dzielna, ale widziałam, że walczy ze łzami. - Filip, bardzo cię proszę, wyjmij palec z talerza brata - zwróciła się do syna, który wyławiał cynamonowe zbożowe krążki z mleka Kuby. - A ty - popatrzyła groźnie na drugiego chłopca - przestań go kopać pod stołem. Ja wszystko widzę.
Chyba nie jestem jakąś zwyrodniałą siostrą. Kocham moich braci, ale czasami naprawdę mam ich dosyć. A nie spędzam przecież z nimi tyle czasu co ona. Właśnie wtedy przy śniadaniu, kiedy widziałam jej zamglone łzami oczy, pomyślałam, że naprawdę powinna pojechać.
Potem wielokrotnie tego żałowałam, lecz w tym momencie wiedziałam, że muszę to zrobić.
- Pojedziecie - powiedziałam.
- Kiedyś pewnie pojedziemy - potwierdziła ze smutnym uśmiechem.
- Nie kiedyś, tylko teraz.
Spojrzała na mnie tak, jakbym namawiała ją do lotu na Marsa albo przynajmniej na Księżyc.
Nagle odezwało się we mnie coś, co określiłabym z grubsza jako poczucie dorosłości. Zranione poczucie dorosłości.
- Mamo, za miesiąc kończę siedemnaście lat.
Chyba dalej nie wiedziała, do czego zmierzam.
- Ciocia Agnieszka przyjedzie w przyszłą sobotę, prawda?
- No, mogłaby, ale w tej sytuacji pewnie spędzi urlop gdzie indziej.
- Bo gdyby przyjechała w sobotę, to ja musiałabym się tylko przez tydzień sama opiekować się Filipem i Kubą.
Spojrzałam na bliźniaków i po raz pierwszy pożałowałam tej propozycji. Filip trzymał teraz łokieć na talerzu brata, a Kuba układał na jego rudej czuprynie namoczone w mleku krążki cynamonowe. Mimo to odwróciłam od nich wzrok i brnęłam dalej ku katastrofie.
- Poradzę sobie z nimi - oświadczyłam z determinacją.
Do mamy wreszcie dotarło to, co mówię.
- Nie, to niemożliwe - powiedziała, kręcąc głową. - Popatrz tylko na nich.
Jakby na potwierdzenie jej słów Kuba zaczął wrzucać cynamonowe krążki za T-shirt brata.
- Macie natychmiast przestać - poleciła im matka, po czym wzięła Filia za rękę i posadziła go po przeciwnej stronie stołu.
- Poradzę sobie - powtórzyłam, starając się, by w moim głosie brzmiało przekonanie, którego wcale nie czułam, Czasem po pięciu minutach przebywania z nimi mam ochotę, a co dopiero mówić o tygodniu.
- Nie, wykluczone - rzuciła, wyciągając z włosów syna rozpadające się już krążki.
- Co jest wykluczone? - zainteresował się tata, który w tym momencie wszedł do kuchni.
Czułam, że go przekonam pod warunkiem, że najpierw wysłucha mnie, a nie mamy.

#
Trochę nudny ten rozdział, ale pisałam go na szybko, bo nie za bardzo mam dziś czas ; // Przepraszam, i dziękuję za wszystkie komentarze pod rozdziałami ;3
Komentujcie i oceniajcie ;*
Papa <3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 

#7

To do Ciebie! - zawołała mama, kiedy wraz z Filipem i Kubą, moimi pięcioletnimi braćmi bliźniakami, weszłam do domu. - O Chryste Panie! - zawołała na widok synów. - Jak wy wyglądacie!
Odebrałam ich z urodzin kolegi, na której to imprezie główną atrakcją musiało być obrzucanie się ciastkami, bo moi bracia lepili się od słodkości. Lukier mieli na buziach, rękach, ubraniach i we włosach.
- Nie ocierajcie się o mnie! - krzyknęłam, kiedy najpierw Filip, a potem Kuba wyminęli mnie, żeby pobiec do mamy.
- Ale było fajowo! Super! - opowiadali jeden przez drugiego.
- Co mówiłaś? - zwróciłam się do matki.
- Telefon do ciebie.
- I dopiero teraz mi o tym mówisz?!
- Nie, powiedziałam od razu jak weszliście - odparła matka, próbując przekrzyczeć bliźniaków.
Nie zważając na to, że brudzę się lukrem, przepchnęłam się między braćmi i pobiegłam do salonu. Paulina wczoraj wyjechała z rodzicami do Paryża, więc to nie mogła być ona… Uspokój się, przecież czasami dzwoni do ciebie jakaś inna koleżanka, nakazałam sobie. Mimo to, gdy podnosiłam słuchawkę, zauważyłam, że drży mi dłoń. Nabrałam powietrza i odetchnęłam głęboko, zanim się odezwałam.
- Halo.
- Cześć, Wika
To był on. Zabrakło mi tchu.
- Cześć - powiedziałam. Głos drżał mi również, więc żeby to ukryć, zaczęłam paplać jak najęta: - Przepraszam, że tak długo czekałeś. Właśnie weszłam do domu. Przywiozłam braci z imprezy urodzinowej ich kolegi. - Poczułam na policzku coś lepkiego. Dopiero teraz zauważyłam, że rękę mam upaćkaną lukrem.
- Nie szkodzi. Twoja mama mówiła mi, że akurat zajechałaś pod dom. Nie dzwoniłem wcześniej, bo musiałem pomagać ojcu w remoncie domu, więc z wyjazdu na plażę i tak by nic nie wyszło. Ale jeszcze dwa, trzy dni i będzie po wszystkim. Myślę, że na poniedziałek moglibyśmy się już spokojnie umówić. Pasowałyby ci?
Serce podskoczyło mi z radości - tak bardzo chciałam go zobaczyć - po chwili jednak wróciło na miejsce, kiedy przypomniałam sobie, że będzie z nami również jego dziewczyna.
W ciągu minionego tygodnia nieustannie zdawałam sobie pytanie, czy wybrać się z nimi nad morze, czy jakoś się z tej wyprawy wykręcić. Miałam nawet wygodny pretekst, który nie wymagałby ode mnie uciekania się do kłamstw. W niedzielę rodzice wyjeżdżali na dwa tygodnie, a jutro miała przyjechać ciocia Agnieszka, siostra mamy, żeby opiekować się bliźniakami. Mogłabym wyjaśnić Oskarowi, że czuję się w obowiązku jej w tym pomóc.
A tymczasem, zanim się obejrzałam, powiedziałam z entuzjazmem:
- Jasne
Ciocia Agnieszka jest fantastyczna, na pewno zrozumie, że mam ochotę wybrać się z przyjaciółmi na plażę, przekonywałam się w duchu.
- To zadzwonię w niedzielę i ustalimy szczegóły.
- Fajnie - rzuciłam z beztroską. Pomyślałam o tym, że już za parę dni go ujrzę, starając się zapomnieć o tym, że będzie z nami również Maja, dziewczyna marzeń każdego chłopaka.
- Cieszę się, że się spotkamy.
- Ja też. I dziękuję, że zadzwoniłeś.
- Nie ma za co, przecież obiecałem.
W słuchawce zapadła cisza, jakby żadne z nas nie chciało kończyć tej rozmowy. Na ułamek sekundy obudziła się we mnie nadzieja, że może mam jakąś szansę, ale natychmiast odpędziłam od siebie te głupie myśli, którym zadawały kłam wszystkie fakty. Ciesz się, idiotko, tym, co masz, i nie marz o tym, czego nigdy nie dostaniesz, nakazałam sobie surowo.
Ale marzeń nie można do niczego zmusić, a podobno najpiękniejsze są te, które się nie spełniają. Nie broniłam się więc przed nimi, wciąż jednak powtarzałam sobie, że to tylko marzenia. I że nigdy się nie spełnią.

#
To tyle na dzisiaj ;3 Następna notka będzie jutro *.*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 

#6

Przyszło mi nawet do głowy, że może nie powinnam po szkole studiować prawa, tylko aktorstwo. Wyobraźcie sobie, jakiego kunsztu aktorskiego wymaga uśmiechanie się, kiedy się widzi chłopaka swoich marzeń z dziewczyną taką jak Maja? Bo ja, choć nie lubię się chwalić, muszę przyznać, że byłam w tym naprawdę dobra.
Na ostatniej w tym roku szkolnym lekcji chemii robiłam z nim jakieś doświadczenie, kiedy nagle zapytał:
- Wyjeżdżasz gdzieś na wakacje?
- Nie, zostaję w domu - odparłam.
- Może pojeździlibyśmy trochę razem nad morzem. Odkryłem całkiem fajne miejsce.
Tak mnie zaskoczył, że zupełnie nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Wzięłam do ręki probówkę i udałam, że sprawdzam wynik doświadczenia.
- My to znaczy kto? - zapytałam po chwili.
- No… ja, ty, Igor Rodkiewicz i Maja Dubisz. Chyba lubisz Igora?
- Kto nie lubi Igora? - Był trochę postrzelony, ale trudno go było nie lubić.
- A Maję?
Zdziwiło mnie to, że Oskara interesuje moje zdanie na temat jego dziewczyny. Pomyślałam, że jestem ostatnią osobą, której powinien zadać to pytanie, a odpowiedź kosztowała mnie naprawdę wiele wysiłku.
- Jest fantastyczna.
Popatrzył na mnie tak, jakby nie wierzył w moją szczerość. Maja to dziewczyna, o jakiej może marzyć każdy chłopak. Proszę bardzo, jak najbardziej popieram. Tylko bolało mnie jak diabli, że jest wśród nich także Oskar.
Bolało jak otwarta rana, ale za wszelką cenę starałam się to ukryć.
- To co z tą plażą? - spytał.
- Chętnie się wybiorę - rzuciłam, choć kiedy wyobraziłam sobie siebie w kostiumie kąpielowym przy Mai, ogarnęła mnie panika. Ale perspektywa, że nie zobaczę go przez długie dwa miesiące wakacji, wydała mi się pewnie bardziej przerażająca niż to, że będzie mnie porównywał z Mają, która w bikini musiała wyglądać po prostu rewelacyjnie.
Kiedy żegnaliśmy się ostatniego dnia przed szkołą, obiecał, że zadzwoni, żeby się umówić. Z jednej strony pragnęłam, żeby tego nie zrobił, z drugiej zrywałam się na meczu dzwonek telefonu. Serce podskakiwało mi do gardła, gdy podnosiłam słuchawkę. To on, myślałam. Żeby to był on, marzyłam.
Nie odezwał się przez tydzień i przestałam już liczyć na to, że przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego zobaczę go albo choćby usłyszę jego głos.

#
I jak wam się podoba? : )))
 

 

#5

Kiedy dojechałam do domu, mama czekała na mnie na ganku.
- Paulina dzwoniła już trzy razy - poinformowała mnie, zanim zdążyłam wysiąść z samochodu. - Gdzie byłaś tak długo? Okropnie się martwiłam.
- Nigdzie. Jechałam trochę wolniej niż zwykle.
- Trochę? Paulina mówiła, że wyjechałaś od niej godzinę temu. - Przyglądała mi się badawczo. - Coś się stało?
- Nic ś nie stało.
- Przecież widzę, że…
W domu zadzwonił telefon. Zastanawiałam się przez chwilę, czy pójść go odebrać, czy wysłuchiwać mamy. Nie miałam ochoty ani na jedno, ani na drugie, uznałam jednak, że łatwiej mi będzie zakończyć rozmowę z Pauliną, niż odpowiadać na pytania matki, i weszłam do domu.
- Halo. - Starałam się, by mój głos brzmiał możliwie obojętnie.
- Wika, to ja.
Milczałam, obawiając się, że jeśli się odezwę, znów się rozpłaczę.
- Słuchaj, ja naprawdę nie chciałam sprawić ci przykrości
Dalej walczyłam ze łzami.
- Jesteś tam?
- Nie, to Śnieżynka odebrała telefon - rzuciłam. - Nie poznajesz mnie? Hau, hau! - zaszczekałam do słuchawki, naśladując zjadliwe ujadanie naszej chihuahuy.
Paulina roześmiała się.
- Jesteś na mnie zła?
- Pewnie, że jestem. Wyobraź sobie, że Karol zacząłby się spotykać z inną dziewczyną, a ja bym ci powiedziała, że mu się nie dziwię.
- Przepraszam, ale wiesz dobrze, że wcale tak nie myślę. Chciałam tylko, żebyś przestała się nad sobą użalać.
- Naprawdę uważasz, że się nad sobą użalam? - zapytałam z niepokojem. Nie znoszę, kiedy ktoś próbuje wzbudzić u ludzi litość.
- No… zwykle tego nie robisz - odparła Paulina ostrożnie. - Ale dzisiaj…
Miała rację. Dzisiaj się nad sobą użalałam. Brrr! Ohyda!
Nagle cały mój żal do niej ulotnił się. Pozostała tylko wdzięczność. Czasem trochę szczerości bardziej pomaga niż nadmiar współczucia. Ale na szczerość potrafią się zdobyć tylko przyjaciele. Prawdziwi przyjaciele.
Nie miałam chłopaka, ale wciąż miałam przyjaciółkę. A to już coś. Coś, z czym łatwiej się znosi nieodwzajemnioną miłość, z której nie można się wyleczyć.
Bo z miłości do Oskara nie mogłam się wyleczyć. Może za mało się starałam, może trzeba było skorzystać z jakichś magicznych ziół albo zaklęć, może są jeszcze jakieś inne metody, lecz ja ich nie znałam. Zresztą kiedy dziś się nad tym zastanawiam, wcale nie jestem pewna?, czy chciałam tego naprawdę.
Udało mi się natomiast jedno: w ciągu dwóch miesięcy, które pozostały do wakacji, nie pokazać Oskarowi, że jestem w nim zakochana. A wierzcie mi, że nie było to łatwe. Kiedy widywałam go w szkole, musiałam mobilizować wszystkie siły, całą wolę, żeby nie zdradzić się ze swoimi uczuciami, nawet wtedy, gdy kilka razy spotykałem go w towarzystwie Mai.

#
To tyle jeśli chodzi o ten rozdział : ))) Z racji tego, że nie dodałam nic wczoraj a obiecałam, kolejny pojawi się dzisiaj na pewno ; ***
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 

#4

- Powiedz mi - zaczęłam, wciąż przyglądając się sobie w lustrze - jaki chłopak miałby ochotę spotykać się ze mną, skoro może mieć taką dziewczynę jak Maja?
- Przestań! - zawołała Paulina. - Natychmiast przestań. Pleciesz od rzeczy.
- Nie, chodź tu i zobacz.
Moja przyjaciółka nie ruszyła się z łóżka.
- No, chodź - ponagliłam ją.
Chwilę trwało, zanim wstała i stanęła obok mnie na wprost lustra toaletki.
- Popatrz tu i tu, i tu, i tu - Pokazywałam palcami każdy pryszcz po kolei. - Widzisz?
- Widzę kilka pryszczy. I co z tego?
- A widziałaś choćby jeden na buzi Mai?
Nie odpowiadała.
- Widziałaś? - powtórzyłam.
- Chyba nie, ale jakie to ma znaczenie?
- Jakie? Jakie?! Ogromne! Kolosalne! Decydujące! - Krzyczałam tak, że musiała mnie słyszeć na dole jej mama. - Między innymi dlatego… a może przede wszystkim dlatego Oskar nie spotyka się teraz ze mną, tylko z Mają!
Paulina przyglądała mi się tak, jakby zobaczyła mnie po raz pierwszy w życiu.
- Naprawdę myślisz, że dlatego? - zapytała z niedowierzaniem.
- A niby dlaczego? I wcale mu się nie dziwię.
- Wiesz co? Nie mam pojęcia, dlaczego on spotyka się z Mają, a nie z tobą. - Mówiła powoli, wymawiając wyraźnie każde słowo. - Ale jak tak ciebie słucham, to wcale mu się nie dziwię.
Nie wierzyłam własnym uszom. Po prostu mnie zatkało. Nie wiem, jak długo stałam przy toaletce, patrząc na odbicie Pauliny. Otwierałam usta i po chwili je zamykałam, nie mogąc wydusić z siebie słowa.
Jak mogła mi coś takiego powiedzieć?! Moja najlepsza przyjaciółka!
Wypadłam z jej pokoju bez słowa, trzaskając drzwiami. Zbiegłam szybko po schodach. Kiedy mijałam kuchnię, zawołałam "do widzenia" i z nadzieją, że krzątająca się tam pani Kryń nie wyjdzie i nie zacznie zw mną rozmawiać, pospieszyłam do wyjścia.
Właśnie otwierałam drzwi, gdy usłyszałam wołanie Pauliny.
- Wika, zaczekaj!
Nie zatrzymałam się. Wsiadłam do pożyczonego od matki samochodu i natychmiast przekręciłam kluczyk w stacyjce. Zdążyłam już ujęchać kilkadziesiąt metrów, kiedy Paulina wyszła przed dom. W lusterku wstecznym widziałam, jak do mnie macha.
Nie spieszyło mi się. Wiedziałam wprawdzie, że po tych litrach łez, które wylałam, musiałoby minąć ładne parę godzin, żeby nie było widać, że płakałam. Nie mogłam więc liczyć na to, że mama niczego nie zauważy. Mimo to jechałam wolno, starając się ochłonąć.
W tym samym tygodniu straciłam chłopaka - a może raczej nadzieję na chłopaka - i najlepszą przyjaciółkę. Bo jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że po tym, co od niej usłyszałam, będę się mogła dalej z nią przyjaźnić.

#
Koniec z tego rozdziału ;3 Kolejny pojawi się jutro : ))) Zapraszam do komentowania ;*
  • awatar Konekochin: Świetnie się zapowiada po tych czterech rozdziałach. Czekam na następne c;
  • awatar La Chatte Noire: Świetnie! Cały tekst czyta się naprawdę lekko, poza tym masz swój własny styl i umiesz zaciekawić czytelnika. Swego czasu przerobiłam wiele książek o podobnej tematyce, i według mnie Twoje opowiadanie wcale nie odstaje od literatury młodzieżowej tego typu. A nawet jest lepsze od niektórych z nich:) Będę czytać dalej:)
  • awatar ♥Emma: nawet super ale ja nie lubię zakonczen
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (10) ›
 

 

#3

- Pójdę do łazienki i przyniosę kilka rolek papieru toaletowego - zaproponowała.
- Nie, nie mogę więcej płakać - odparłam, potrząsając głową. - Będę miała oczy jak królik.
- Dobra, dobra, ale ja w tym łóżku muszę dzisiaj spać. Raz na biwaku spałam w mokrym śpiworze i dziękuję bardzo. Już się więcej na to nie zapisuję.
Lekceważąc moje protesty, Paulina wyszła z pokoju i dopiero wtedy zauważyłam mokre plamy na poduszce i kołdrze.
- Przepraszam - powiedziałam, gdy wróciła z trzema rolkami papieru toaletowego i rzuciła je na łóżko. - Zmoczyłam ci całą pościel.
- Nie przejmuj się, wyschnie. O czym to ja mówiłam? Aha, wredna suka...
- Dlaczego ją tak nazywasz? - zapytałam, tak jakbym zupełnie zapomniała, że przed kilkoma minutami wyrażałam się o Mai zdecydowanie mniej pochlebnymi słowami.
Paulina spojrzała na mnie, otwierając oczy ze zdumienia.
- Jak to dlaczego?! Odbiła ci chłopaka.
Otarłam z policzka ostatnie łzy. Na widok trzech rolek papieru toaletowego jakoś odechciało mi się płakać.
- On nie był moim chłopakiem - odezwałam się cicho.
- Przecież spotykaliście się.
- Dwa razy byliśmy razem w kinie, z tego raz we czwórkę, z tobą i Karolem , i kilka razy podwiózł mnie po szkole do domu. To jeszcze nie znaczy, że był moim chłopakiem. - Nie byłam całkiem szczera. Gdzieś w głębi duszy liczyłam na to, że jestem dla Oskara kimś więcej niż koleżanką ze szkoły, która mieszka na tyle po drodze, że może ją od czasu do czasu podwozić do domu. W każdym razie tak bardzo chciałam, żeby tak było, że w końcu w to uwierzyłam.
Paulina zastanawiała się przez chwilę, w końcu pokręciła głową.
- Nie, to było coś więcej - powiedziała. - Obserwowałam was, jak rozmawiacie na przerwach. To naprawdę wyglądało tak, jakby się tobą zainteresował. - Przerwała na chwilę i znów nad czymś myślała. - Byłam prawie pewna, że on jest w tobie zakochany.
Po policzkach, które zdążyły mi już wyschnąć, potoczyło się najpierw kilka łez, a potem lały się już potokiem. Zanim zdążyłam się obejrzeć, zużyłam już całą rolkę papieru i zabierałam się za następną.
Paulina przesunęła się trochę na łóżku i objęła mnie ramieniem.
- Przepraszam. niepotrzebnie to powiedziałam. Nie płacz już, proszę. Będziesz miała oczy jak królik - przypomniała mi moje własne objawy.
- Wszystko mi jedno. I tak nic mi już nie zaszkodzi - odparłam, łkając. - Wredna suka - rzuciłam ze złością.
- No widzisz - podchwyciła natychmiast moja przyjaciółka.
- Nie, opowiadam głupoty. Maja nie jest tu niczemu winna. I Oskar też nie jest.
Paulina popatrzyła na mnie pytająco.
- Powiedz. która z dziewczyn nie miałaby ochoty spotykać się z takim chłopakiem jak Oskar? - spytałam.
Uśmiechnęła się i odpowiedziała dopiero po chwili, właśnie kiedy wycierałam twarz kawałkiem drugiej rolki papieru.
- Nie chcę cię martwić, ale w łazience jest tylko jeszcze jedna rolka i uprzedzam, że ci jej nie przyniosę, więc obchodź się ekonomicznej z tą tutaj. A co do twojego pytania... Wiem, że Oskar jest dla ciebie chodzącym ideałem, ale ja, na przykład, wcale nie miałabym ochoty się z nim spotykać.
- Ty to zupełnie co innego - rzuciłam. - Ty masz Karola.
- Myślę, że Zuzia też niekoniecznie...
Nie dałam jej skończyć.
- Oczywiście, że nie. Zuzia ma przecież Alana.
- Tak, ale to nie zmienia faktu, że...
Znów jej przerwałam.
- Zmienia, to wszystko zmienia... - Sama już właściwie nie wiedziałam, co chcę powiedzieć. Spojrzałam na resztki papieru na ostatniej rolce, wydmuchałam nos i podeszłam do toaletki.
Zdaję sobie sprawę, że zapłakane dziewczyny są ładne tylko na filmach, ale ja wyglądałam po prostu okropnie. Oczy były czerwone i spuchnięte, cały make-up spłynął ukazując kilka pryszczy, które na skutek podrażnienia słonymi łzami jeszcze bardziej się zaczerwieniły. Po prostu koszmar!

#
Tyleee :3 Myślę, że podoba wam się nowy rozdział : ) Czekajcie jutro na nowy. Papa ;**
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (19) ›
 

 

#2

Mówiłam, że jestem nudna i przeciętna, ale nie zawsze tak było. To znaczy było tak pewnie zawsze, tylko przez pewien - bardzo, niestety, krótki - okres wydawało mi się, że jest inaczej. Nie wiem, czy uda mi się wytłumaczyć, skąd się wtedy brało we mnie to przekonanie, mimo to spróbuję.
No więc wyobraźcie sobie chłopaka co najmniej tak przystojnego jak Brad Pitt, który przy tym jest niegłupi. Zdaję sobie sprawę, że to trudne zadanie, zwłaszcza kiedy dodam, że facet świetnie pływa, nieźle gra w piłkę nożną, jest naprawdę miły i - co najważniejsze - chodzi do waszej szkoły. Tak, wiem, trudno jest wyobrazić sobie coś, czego w praktyce nie ma, ale wytężcie wyobraźnię i załóżcie - oczywiście czysto teoretycznie - że ktoś taki istnieje. A potem zróbcie coś jeszcze - wyobraźcie sobie, że ten ktoś zaprasza was do kina, rozmawia z wami na przerwach między lekcjami i kilka razy po szkole odwozi do domu.
I jeśli już udało wam się zmusić wyobraźnię do tego nadludzkiego wysiłku, odpowiedzcie mi szczerze na pytanie, jak musi się poczuć dziewczyna, gdy taki superman zwróci na was uwagę? Ja w każdym razie poczułam się jak ktoś wyjątkowy. Kilka razy przemknęło mi nawet przez głowę, że może wcale nie jestem nudna, ani przeciętna.
Zdradzę wam teraz coś, czego na pewno mi pozazdrościcie. Otóż w liceum w Krakowie, szkole, do której chodzę, jest taki chłopak, Oskar Kopliński, i to on właśnie, że na kilka tygodni z nudnej szarej myszy przemieniłam się w księżniczkę. I nie musiał mnie wcale w tym celu całować. Wystarczyło, że widziałam, jak na mnie patrzy.
Pewnie chciałybyście wiedzieć jak. Muszę was jednak zmartwić, nie potrafię tego spojrzenia opisać, ale zaręczam was, że jeśli kiedyś facet będzie tak na was patrzył, to zrozumiecie, co mam na myśli. No, chyba że już to wiecie. O rany, ale się rozmarzyłam…
Zanim pękniecie z zazdrości, przypomnę, że moja przemiana w księżniczkę nie była nieodwracalna. Wspomniałam, że byłam nią zaledwie przez kilka tygodni. Potem znów stałam się nudną szarą myszą i jeszcze trudniej przyszło mi znosić swoją przeciętność. Zwłaszcza kiedy patrzyłam, jak mój superman obdarza tym swoim zniewalającym spojrzeniem inną dziewczynę. Tyle że ona nie przemieniała się w księżniczkę pod wpływem jego spojrzenia. Maja Dubisz była bowiem księżniczką już od urodzenia.
Pewnie znacie takie dziewczyny, których sam widok sprawia, że macie ochotę zapaść się pod ziemię. Zdajecie sobie sprawę, że nawet gdybyście stawały na głowie, nigdy, ale to przenigdy szansy, żeby się z nami równać. Właśnie taka jest Maja Dubisz. Piękna, zgrabna, zjawiskowa.
Pomyślicie zapewne, że głupia. We mnie zawsze, kiedy spotykam bardzo ładną dziewczynę, budzi się cicha nadzieja, że jest idiotką. Tu jednak muszę was, niestety wyprowadzić z błędu. Maja uchodzi za inteligentną i choć w zeszłorocznej ankiecie na najsympatyczniejszą dziewczynę i chłopaka w szkole nie zdobyła najwięcej głosów, to nie znalazła się również na końcu listy.
Kiedy dwa miesiące temu dowiedziałam się od Kasi Kryń, że w weekend widziała Maję i Oskara w kinie, miałam ochotę umrzeć. Przez dwa dni złorzeczyłam w myślach jednemu k drugiemu, nie mogąc się zdecydować, kogo nienawidzę bardziej. W końcu uzmysłowiłam sobie, że nie sposób nienawidzić kogoś, kogo się kocha, a nie mogłam nie przyznać się przed sobą, że jestem w Oskarze zakochana.
Pozostała mi więc tylko Maja. To na niej powinnam skupić całą niechęć. Starałam się, ale jakoś mi to nie wychodziło.
- Wredna suka - zawyrykowała moja najlepsza przyjaciółka, Paulina, kiedy siedząc na łóżku w jej pokoju, wypłakiwałam swoje żale. - W życiu się już do niej nie odezwę - dodała, podając mi papierową chusteczkę. - Ostatnia - oznajmiła, podnosząc jedno puste opakowanie i pokazując kolejnych pięć rozrzuconych na pościeli.
Spróbowałam się opanować, co przyniosło dokładnie odwrotny efekt; kaskady łez poleciały mi po policzkach.

#
To tyle. Jutro nowy rozdział : )) Komentujcie co myślicie o opowiadaniu : ))
Pozdro <3
  • awatar Irysa: Bardzo dobre opowiadanie, świetny styl, wszystko dopracowane. Podziwiam. Zgubiłaś tylko jedno słowo. Podejrzewam, że miało być " to on właśnie SPRAWIŁ, że na kilka tygodni ... Oczywiście jest to detal a całość naprawdę mi się podoba.
  • awatar ♥dreams smoke again ♥: świetny blog wbij do mnie;*
  • awatar мєяiση★: kocham to <3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (16) ›
 

 
Myślicie pewnie, że Susie to ja. I że ja jestem szalona. Nic z tych rzeczy. Na imię mam Wiktoria. A szalona? Dobry dowcip. Nie ma chyba na świecie dziewczyny nudniejszej ode mnie.
Wszystko we mnie jest przeciętne, począwszy od koloru oczu. Nie niebieskie, nie zielone, ani nawet nie piwne, a ściślej mówiąc szarobure. Włosy? Nie blondynka, nie brunetka, nie ruda. Co pozostaje? Szatynka powiecie. Otóż nie, wyobraźcie sobie, że nie jestem nawet szatynką, bo włosy również mam szarobure.
Nie jestem ani wysoka, ani niska - metr sześćdziesiąt cztery centymetry, jeśli przy mierzeniu zmobilizuje wszystkie siły , żeby wyprostować się jak struna. Ani chuda, ani gruba -pięćdziesiąt sześć kilo, jeśli przez czterdzieści osiem godzin przed wejściem na wagę jem mniej niż nasza suczka rasy chihuahua.
Nie ma we mnie nic szczególnego, nic, na co ludzie zwracaliby uwagę. Chyba że akurat na nosie wyrośnie mi pryszcz wielkości pestki wiśni albo obsypie mi całe czoło i policzki. Oczywiście nie wierzę mamie, która mówi mi, że pod make-upem nic nie widać. Próbuje mnie pocieszyć. Doceniam to, ale w żaden sposób nie wpływa to na moją cerę. Tak samo, jak nie pocieszają mnie jej argumenty, że już wkrótce e kłopoty się skończą. Kiedy? - pytam. Kiedy?! Za pięć lat? Za dziesięć? Dziękuję. Wtedy prawdopodobnie nie będzie mnie to już obchodziło.
Jedno jednak niewątpliwie swoim znienawidzonym pryszczom zawdzięczam. Dzięki nim wiem, co będę robić w przyszłości. Moja najlepsza przyjaciółka Paulina, podobnie jak większość innych koleżanek, nie jest jeszcze zdecydowana, kim będzie w przyszłości. Ja tak. Pewnie sądzicie, że zamierzam skończyć medycynę i specjalizować się w dermatologii albo zostać kosmetyczką. Nie, po kilku wizytach u różnych dermatologów i zaliczeniu paru kosmetyczek przestałam wierzyć w cuda. Ktoś, kto wymyślił lekarstwo na trądzik młodzieńczy, powinien dostać nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny. Jeśliby jej nie dostał, byłaby to - według mnie - największa niesprawiedliwość w dziejach ludzkości. Ale ja na tego Nobla i tak nie mam żadnych szans; jestem za słaba z chemii i biologii.
Mój plan jest inny. Skończę prawo i zostanę adwokatką. A wtedy drżyjcie ze strachu wszystkie wielkie firmy kosmetyczne! W końcu zapłacicie za każdą łzę moją i mnie podobnych, których dobijacie swoimi reklamami środków na trądzik młodzieńczy. Nie wierzę, po prostu nie wierzę, że wśród iluś tam osób, które wymyślają, produkują i zatwierdzają reklamówki dla telewizji, nie znajdzie się jedna, która jako nastolatka czy nastolatek nie miała problemów z cerą. Z matematyki też nie jestem najlepsza, ale o rachunku prawdopodobieństwa mam jakie takie pojęcie i wiem, że jest to niemożliwe. Chyba że ogarnęła ich wszystkich jakaś zaraźliwa amnezja i zupełnie zapomnieli, że sami mieli kiedyś piętnaście, szesnaście albo siedemnaście lat. Bo gdyby pamiętali, to musieliby wiedzieć, jak się czuje dziewczyna czy chłopiec z obsypanym czołem, z pryszczem wielkości pestki czereśni na nosie, patrząc, jak na ekranie nastolatka z idealnie gładką cerą skarży się przyjaciółce, że nie może iść na imprezę, bo wyskoczyło jej coś na twarzy. Albo na chłopaka, który z tego powodu musi zasuwać kanałami. Nie wiem jak wy, ale ja po obejrzeniu jednej z takich reklamówek w zeszłym roku nie poszłam na szesnaste urodziny koleżanki i ktoś mi kiedyś za to zapłaci.
Chyba się trochę zagalopowałam. Zaczęłam od tego, że jestem nudna i przeciętna, a teraz pomyślicie pewnie, że na domiar złego jestem jeszcze mściwa, i odechce wam się czytać dalej. Nie, proszę, nie zamykajcie jeszcze tej strony. Wytrzymajcie jeszcze trochę. Nie jestem mściwa, naprawdę. Przekonacie się o tym. I jeszcze coś. Nawet najnudniejszym ludziom zdarza się przeżyć historię jak z filmu i mnie się to udało. Dzięki Szalonej Susie.

#
Ok. Na razie jest króciutki rozdział. No bo w sumie jest to pierwszy rozdział. Ta akcja powoli z każdym rozdziałem będzie się rozkręcała. Piszcie co sądzicie ;3
Z góry dzięki ;]